Działy tematyczne

Wędkarstwo wyczynowe – moja mentalna droga

8 kwietnia 2020

Wędkarstwo wyczynowe to sport, w którym długoterminowe powodzenie (stały rozwój) zależy od kilku, kilkunastu lub nawet kilkudziesięciu elementów. To tylko kwestia ich uogólnienia lub rozdrobnienia. Ile by ich nie było to większość z nich moim zdaniem należy do sfery mentalnej. Innymi słowy nie wystarczy zdobyć umiejętności i sprzęt, ale przede wszystkim trzeba mieć odpowiednio poukładane w głowie – jakby to nie brzmiało.

Z mentalnością w jakimś stopniu się rodzimy, ale zdecydowanie bardziej kształtuje ją to co dociera do nas z zewnątrz, wpływając bezpośrednio na osobiste doświadczenia. Dlatego tak wielkie znaczenie ma nasze otoczenie, a przede wszystkim inni ludzie. Ich oddziaływanie może być różne. Zdecydowanie łatwiej jest poddać się nierozwojowym wpływom, bo te zazwyczaj mają pozornie wygodniejsze dla nas argumenty i nie oczekują naszego zaangażowania. Jednak to jest droga, która kończy się ślepą uliczką o nazwie przeciętność.

Ja w życiu miałem to szczęście, że los skojarzył mnie z kimś, kto z własnej inicjatywy zawrócił mnie z prostej drogi przeciętności i niemal siłą kazał pójść nieznaną, zawiłą i wyboistą ścieżką. Jak się później okazało owa ścieżka z upływem czasu stopniowo przechodziła w coraz łatwiejszą i przyjemniejszą drogę. Na niej spotkałem ludzi, którzy pokazali mi horyzonty, których sam prawdopodobnie nigdy bym nie dostrzegł.

Kluczowe słowa powyższej metafory to:

wyboista ścieżka – pierwsze trudne decyzje, które są konieczne, aby wejść na drogę stałego rozwoju,

horyzonty – inspiracje, które nie pozwalają nam zatrzymać się w miejscu.

Pokonanie tej wyboistej ścieżki pozwoliło mi wejść na drogę mentalności rozwojowej, która całkowicie odmieniła mój sposób myślenia, postrzegania i działania. Banalnie uogólniając jej konsekwencją jest to, że jestem szczęśliwym człowiekiem. Wiąże się to oczywiście z równoczesną realizacją wielkiej życiowej pasji i marzeń poprzez codzienną pracę,

ale po kolei…

Moją przygodę z wędkarstwem wyczynowym mogę podzielić na cztery etapy. Wszystko zaczęło się kiedy miałem niespełna 6 lat i złowiłem pierwszą rybę. To był początek totalnej, miażdżącej umysł fascynacji, której nie da się opisać. 90% czasu myślałem, czytałem, marzyłem o rybach i 10% poświęcałem nauce. Bez samych piątek i szóstek w dzienniczku mogłem zapomnieć o tym, że trafię nad wodę.

Oceny szkolne zawsze były moją kartą przetargową, szczególnie kiedy już jako nastolatek uczestniczyłem w zawodach wędkarskich.

Drugi etap zbiegł się z początkiem studiów i powszechnym dostępem do internetu. Do tamtego czasu tak naprawdę nawet nie myślałem o czymś więcej niż pojechać na kolejne zawody kołowe, a szczytem marzeń było dostać się na okręgówkę. W prasie wędkarskiej czytałem po kilka, a nieraz i dużo więcej razy wszystkie relacje z GPP i innych dużych zawodów. Ale to wszystko było takie „poza wszelkim zasięgiem”. Dopiero internet sprawił, że wyczyn zaczął być w jakimś stopniu osiągalny, urzeczywistniony, w zasięgu marzeń(?). Oczywiście wszystko sprowadzało się do tyczki, bo to ona była atrybutem prawdziwego wyczynowca. „Przed internetem”, pomijając kwestię ceny, w całym województwie dostępna była może jedna i to maksymalnie 11-metrowa. W prasie na temat tyczki najczęściej czytałem, że kosztuje tyle co samochód lub 10-20 pensji… W mojej świadomości był to sprzęt dostępny tylko dla elit, których w żaden sposób nie potrafiłem zdefiniować. Utożsamiałem ich z „nadwędkarzami”, ale nie wiedziałem skąd się biorą.

Tak jak w dzieciństwie również w pierwszych latach „dorosłości” moje wędkarstwo było uzależnione od nauki. To był schyłek czasów, w których doraźnie wspierało się ambitnych studentów. Zaostrzony do granic reżim oszczędnościowy środków ze stypendiów pozwolił mi spełnić wielkie marzenie o zakupie tyczki. Jako ciekawostkę dodam, że w pierwszych dwóch startach z tyczką w ręku za każdym razem zająłem OSTATNIE (!!!) miejsce na ponad 50 uczestników i były to zawody w Elblągu…


Warto wspomnieć, że były to czasy, w których marketing firm wędkarskich ograniczał się głównie do katalogowych receptur (3 zanęty, 5 dodatków, 2-3 atraktory) sygnowanych utytułowanymi nazwiskami. Wiedza przeciętnego tyczkarza była dodatkowo uzupełniana zasłyszanymi od kolegów tajnymi-sekretami, którzy w super-tajnym-sekrecie dowiedzieli się tego od kogoś ze wspomnianych elit. Jak to nieraz opowiadał mój przyjaciel Paweł; „jak w sklepie nie dostałem choćby jednego komponentu znajdującego się w recepturze to nie widziałem sensu jechania na zawody…”. Topowi zawodnicy już wtedy wiedzieli, że sukces tkwi w prostocie, ale z oczywistych względów tego nie mówili.


Pod koniec studiów zastanawiając się nad swoją przyszłością zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę w życiu potrafię robić tylko dwie rzeczy: uczyć się i łowić ryby. Nawiązując do wstępu, od lat znajdowałem się na drodze ku przeciętności, która została we mnie ukształtowana przez otaczający model ówczesnej edukacji. Przez 17 lat nauki nawet raz w mojej głowie nie zasiało się ziarenko, z którego wykiełkowałaby świadomość dążenia do zawodowej niezależności. W szkole jedynym wyznacznikiem efektywności nauki była średnia ocen na świadectwie. A pierwszego dnia na uniwersytecie profesor ze slajdu przeczytał nam listę przedsiębiorstw i państwowych instytucji, w których po studiach możemy starać się o pracę… Podążając tą drogą, w optymistycznej wersji byłbym dzisiaj zawodowym politykiem, który nigdy nie prowadząc własnej firmy współtworzyłby z innymi uczonymi tarczę antykryzysową dla naszej gospodarki.

Każda pasja ma to do siebie, że dzięki niej napotykamy nowych, nierzadko wyjątkowych ludzi. W ten sposób poznałem Michała, który jest głównym bohaterem przytoczonej na początku metafory. To On pod przymusem zaufania przekonał mnie do tego, aby porzucić dotychczasowe plany. To On dostrzegł, że moje zaangażowanie w pasję jest tak duże, iż może stać się moją pracą. Nauczył mnie w to wszystko wierzyć i przede wszystkim uwierzyć w siebie! Michał nie tylko zawrócił mnie ze ślepej uliczki, ale też nauczył stawiać pierwsze kroki na nowej wyboistej ścieżce życia.

Ten zwrot naturalnie stał się początkiem kolejnego etapu mojej przygody z wędkarstwem wyczynowym.

Był rok 2010 i moja życiowa fascynacja stała się realnie sposobem na życie. Na bazie ludzkiej mądrości „albo idziesz do przodu, albo się cofasz” powstał mój pierwotny i niezmienny do dziś plan na zawodową przyszłość. Jest banalnie prosty: „żyj swoją pasją, rozwijaj ją i tą wartością dziel się z innymi”.

Początkowo sprowadzało się to do bardzo prostego założenia. Mianowicie chciałem jak najszybciej rozwijać swoje wędkarskie umiejętności i poświęcić na to cały dostępny kapitał czasu i finansów. Uważałem, że jeśli chcę dawać prawdziwą wartość to muszę być prawdziwym profesjonalistą. W tamtym czasie w internecie nie było żadnego rzetelnego medium wiedzy łamiącego ówczesne mity i stereotypy dotyczące spławikowego wyczynu. Ponadto ciążyło we mnie przeświadczenie, że rozwój jest tylko kwestią treningów i testów – po części myślenie niedoszłego naukowca, a po części efekt wspomnianego otumanienia całego wyczynowego środowiska. To wszystko sprawiało, że moja ścieżka stawała się coraz bardziej zawiła. Częste treningi wykształciły we mnie wiele złych nawyków technicznych, a testy zanęt i wszelakie kombinacje stale uszczuplały mój skromny budżet. Owszem, w tym czasie zdarzały mi się naprawdę duże sukcesy (m.in. indywidualny i drużynowy tytuł podlodowego Vice Mistrza Polski), ale one tak naprawdę jeszcze bardziej mnie hamowały. Gubiłem pokorę, której znaczenia wtedy jeszcze nie znałem. Jak wygrywałem to dzięki umiejętnościom, jak przegrywałem to nie miałem szczęścia – tak myślałem. A było dokładnie na odwrót. Wygrywałem, bo miałem szczęście, przegrywałem, bo brakowało mi umiejętności. Niby oczywiste, ale dla mnie wówczas zbyt odległe.

Mimo wszystko nie zatraciłem tego co najważniejsze. Pasja pozwoliła mi przetrwać wszystkie zawiłości i doczekać się kolejnego wielkiego przełomu – etapu, który trwa po dziś dzień. W ciągu jednego roku na mojej drodze pojawiły się trzy osoby, które swoją mocą sprawczą przyspieszyły mój rozwój o co najmniej dekadę!

Zacznę od Daniela, bo to Jego napotkałem pierwszego. Łączy nas wspólna pasja, a przez to od początku niebywałe zrozumienie. Jego wiedza, praca i doświadczenie okazały się absolutnie bezcenne dla naszej firmy. Dzięki Niemu zawsze miałem pewność, że idziemy w dobrym kierunku. Z perspektywy lat uważam, że wskazówki i rady Daniela często wyprzedzały swoje czasy.

Basi przedstawiać nie wypada, Jej wkładu we WSZYSTKO również nie. Jest jedyną osobą, od której jestem w pełni uzależniony… Ale każdemu życzyłbym takiego uzależnienia!

„Największe marzenia to te, które są poza zasięgiem naszej wyobraźni, a o ich istnieniu uświadamiamy sobie dopiero wówczas, gdy się spełniają”. Dokładnie tak sobie pomyślałem po pierwszej lekcji jakiej udzielił mi Zbigniew Milewski. Te kilka godzin obserwowania i słuchania Mistrza całkowicie odmieniło moją wędkarską osobowość. Powiedzieć, że tamta lekcja przyspieszyła mój rozwój o ileś lat to nie do końca przemyślane stwierdzenie. Bez Niego nigdy nie dotarłbym do miejsca, w którym teraz jestem.

„Milewski nauczył Cię techniki, zdradził sekrety i tajne taktyki” – tak zapewne przedstawia się przeciętna świadomość wpływu Zbyszka na mój rozwój. Nie przypadkowo od zawsze podkreślam, że jest On moim Mentorem, a nie nauczycielem. Zbigniew Milewski nigdy nie uczył mnie techniki i nigdy nie zdradził żadnego sekretu, bo te istnieją tylko pośród tych, którzy nie zetknęli się z wyczynem na najwyższym poziomie. Zamiast nieistniejącej recepty dał mi możliwość słuchania tego co mówi i obserwowania tego co robi. Podczas wspomnianej lekcji czułem jakbym znalazł się przed wrotami do czegoś dotąd absolutnie nieosiągalnego. Kluczem do nich była niebywała fascynacja Jego kunsztem i osobowością. Jej konsekwencją było odrzucenie całości dotychczasowej wiedzy i doświadczeń. Innymi słowy pozbyłem się coraz bardziej ciążącego i przytłaczającego balastu.

Mając oczyszczony i niezwykle chłonny umysł w tempie błyskawicy uczyłem się myśleć tak jak mój Mistrz. Nigdy wcześniej ani później nie posiadłem tak szybko żadnej innej umiejętności. To jest mentalność, którą od Niego nabyłem, w tym również pokora dająca mi siłę, aby w tych trudniejszych chwilach nie dać się zatrzymać. To jest właśnie moje wędkarskie ja.

Kacper Górecki

stopka informacyjna
© 2020 Górek-Gliny – Wędkarstwo Wyczynowe
Projekt strony internetowej Studio DEOS