Działy tematyczne

Moja mała Ola Mistrzynią Polski

Poniższą relację napisałem na pamiątkę. Dla Oli. Ale i dla siebie.


Ola, mówiłem Ci to wiele razy. Pewnie nie raz o tym zapomnisz. Pogubisz się. Wtedy możesz tutaj wrócić. Przypomnieć.

Działanie, pokora i cierpliwość. To atrybuty, które od lat przynoszą mi szczęście. Kiedy po drodze choćby jeden z nich gubiłem, natychmiast gubiłem też szczęście. Bez działania nie ma nic. Działanie jest oddechem szczęścia. Po prostu musi być nieustanne. Pokora to magnes na szczęście. Przyciąga ludzi, którzy odmieniają nasze życie. A te jest za krótkie, aby doświadczyć choćby namiastkę tego, co zwyczajnie możemy dostać od innych. Cierpliwość to wiara. Wiara, która niczego nie oczekuje. A oczekiwania gubią to największe szczęście. Codzienną radość bycia. Ta radość jest energią do działania. I tak powstaje koło, które toczy mnie przez szczęśliwe życie.


Słowem wstępu

Kim jest Ola. Ola to uśmiechnięta dziewczyna, która niedawno zdała maturę i stawia pierwsze kroki w swoim dorosłym życiu. Wyróżnia ją to, że się nie wyróżnia. Przynajmniej pozornie. Poznaliśmy się kilka lat temu. Wtedy jeździła na ryby i trenowała wspólnie z moimi podopiecznymi Patrykiem i Mateuszem. Była jeszcze dziewczynką, która miała wiele różnych zainteresowań. To nie tak, że w jej oczach były ryby i nic więcej.

Nie mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że Ola jest moją wychowanką. Poświęciłem jej zbyt mało uwagi. Z jednej strony nie miałem na to czasu. Z drugiej, przez lata doświadczyłem, że zaangażowanie dorosłych sprawia, że te u dzieci często staje się odwrotnie proporcjonalne. Krótko mówiąc, to dzieciom ma zależeć. To powinny być ich marzenia. Dopiero dostrzegając ich wysiłek, należy i warto pomóc. Żeby było jasne – to tylko moje przekonanie.

Tym, co najbardziej zawdzięczam moim rodzicom, jest fakt, że naprawdę musiałem się nakombinować, żeby potem móc pojechać na zawody. A jeszcze bardziej, żeby mieć czym łowić i co do wody wrzucić. Gdybym wtedy wszystko po prostu dostał, nigdy bym nie dotarł do miejsca, w którym teraz jestem. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Oczywiście, teraz czasy są inne i nie można tego porównywać jak jeden do jednego.

Ola towarzyszyła mi podczas kilku startów, a ja z doskoku bywałem jej opiekunem. Poniżej wklejam pamiątkową fotografię z Mistrzostw Polski w 2019 r. Wyholowała wtedy wielkiego 4-kilogramowego leszcza!

Ola od początku wiedziała, że musi liczyć przede wszystkim na siebie i oczywiście rodziców. Wiedziała, że całą wiedzę, która jest jej potrzebna, znajdzie w treściach, które publikuję. Nigdy nie zapytała o nic, co sama mogłaby tam znaleźć. Rozwijała się w ciszy. Niczego ode mnie nie oczekiwała. Nawet rabatu w sklepie.

Rok temu zapytała mnie, co sądzę o tym, aby wystartowała w eliminacjach do GPP. Odpowiedziałem, że moim zdaniem, to raz, że bez sensu, a dwa, że w rywalizacji z polskimi wyjadaczkami będzie bez szans – chociażby fizycznie. Że najpierw powinna skupić się na swojej przyszłości. Na nauce, a za chwilę na pracy. Że wędkarstwo to zajęcie na całe życie i nie trzeba się nigdzie spieszyć.

Poznała moje zdanie, nie posłuchała, wystartowała i wygrała eliminacje… Nawet się tym sama nie pochwaliła.

Przed rozpoczęciem tegorocznego sezonu, Ola chyba pierwszy raz mnie o coś poprosiła. O to, czy pojadę z nią na Mistrzostwa Polski. Odmówiłem. Zwyczajnie szkoda było mi jednego z nielicznych wolnych weekendów.

Potem przyszedł czas na pierwsze zawody GPP. Ola w obu turach zajęła ostatnie miejsce. Wtedy pierwszy raz mi zaimponowała. Tym, że się w ogóle tym nie przejęła! I tym, że o ile sukcesami się nie chwaliła, wtedy od razu napisała. A poza tym, natychmiast zaczęła myśleć i mówić o kolejnych zawodach. To już wiele dla mnie znaczyło.

Później pojechała na kolejne GPP i je wygrała! Pewnie w dużym stopniu fartem (bo odbyła się tylko jedna tura), ale wiedziałem, że na ten uśmiech losu zasłużyła.

Potem po jej kolejnych i kolejnych zawodach, po naszych rozmowach, nie miałem wątpliwości, że widzę prawdziwe zaangażowanie. Takie, które ostatecznie wzbudziło moje uznanie.

No i w końcu zapytałem Oli, kto będzie jej trenerem na zbliżających się Mistrzostwach Polski. Odpowiedziała, że nie ma trenera, że jedzie z mamą. Wtedy powiedziałem jej dokładnie to, co wyżej napisałem. Że dostrzegam i doceniam jej zaangażowanie i dlatego chciałbym jej w tych Mistrzostwach towarzyszyć. Ola mega się ucieszyła, a ja czułem, że to szczera radość.


Teraz mogę przejść już do relacji z Mistrzostw. Te odbyły się w ostatni weekend lipca, nad Odrą w Kędzierzynie-Koźlu.

Treningi

Czwartkowy trening, jak to zazwyczaj bywa na dużych wodach, od strony taktycznej nie miał żadnej wartości. Nawet jak ryby się znęcą, to żerują zupełnie inaczej, niż na zawodach. Ostatecznie w naszej strefie nawet się nie pojawiły.

Mogliśmy ćwiczyć ukleje. Ale raz, że słońce bardzo eksploatowało i sensowniej było oszczędzać energię. Dwa. Nie wierzyłem, że ukleje mogą dać medal. A nasz z góry założony cel był jasny. Ofensywny. Zaznaczyłem, że z góry założony, bo nad wodą widać było, że Ola fizycznie naprawdę bardzo odstawała od większości zawodniczek. Szczególnie tych najlepszych. Kiedy donęcała kubkiem, w tym czasie mogłem zrobić krótki spacer. Jej dłonie ledwo lepiły kule, które ostatecznie były mniejsze niż te, którymi strzelam z procy. Z mojej perspektywy szykował się trochę taki pojedynek Dawida z Goliatem.

Podsumowując czwartek, ten trening poświęciliśmy na naukę technicznych niuansów. Wszystkie sprowadzały się do precyzji. Ćwiczyliśmy wstawianie lekkiego i ciężkiego zestawu, ich prowadzenie / trzymanie, ustawienie ciała na siedzisku, obieranie perspektywy do nęcenia kubkiem itd. To w tych detalach i dopracowanej taktyce upatrywałem naszej ewentualnej szansy.

Przy okazji, Ola przeżyła ekscytującą przygodę. Wygrała pojedynek z naprawdę ogromnym boleniem! Co prawda na koniec zabrakło jej sił, by go zmieścić do podbieraka, ale cały hol poprowadziła perfekcyjnie.

Czwartkowe popołudnie było idealnym czasem do przygotowania sprzętu. W topach zamocowaliśmy puste gumy 1,3 i 1,5 mm. Cieńsze do haczyków nr 18 i grubsze do nr 14-16. Przypony Ola uwiązała już wcześniej w domu. O długości 25 cm. Na klasycznych haczykach, takich jak AG TOP Black / im601.

Do tego przygotowaliśmy zestawy. Od 1 do 5 g, na bombkach GT11 i dyskach Canal. Te drugie wydawały się idealne do delikatnego łowienia, ale z mocnego przytrzymania lub całkowitego stopa. Bombki, wiadomo, do pływania.

Piątkowy trening miał być tym taktycznym. Standardem na Odrze w Kędzierzynie-Koźlu jest stosowanie niewielkich, śladowych ilości zanęty. Szczególnie latem, kiedy presja zawodów jest największa. Nęcenie najczęściej opiera się na sporej ilości robaków podawanych w samej glinie. Jednocześnie w głowie miałem fakt, że w tym roku Odra zawodniczo była mniej eksploatowana. A to często wiąże się z tym, że ryby lubią podjeść czegoś bardziej kalorycznego, niż tylko jokers.

Nawiązując do przysłowiowego pojedynku, postanowiłem, że chociaż spróbujemy wykazać się niekonwencjonalnym sprytem. Tym bardziej na treningu. I tym bardziej, że skuteczność klasyki będzie można ocenić po tym, co będzie łowiła większość zawodniczek.

Dlatego przygotowaliśmy aż 3 kg zanęty (Wonder Black + Silver), którą wymieszaliśmy z gliną rzeczną w proporcji 1 do 1. Będąc bardziej precyzyjnym w glinie było nieco ziemi. Nie, żeby była potrzebna, ale po prostu ułatwia formowanie kul. Glina z dodatkiem ziemi (15-20%) staje się bardziej lepka. Przy wątpliwej tężyźnie i malutkich dłoniach Oli było to korzystne. Przekonaliśmy się o tym dzień wcześniej, kiedy wszystkie kule rozbiły się o powierzchnię wody. I to płynącej wody…

Do wspomnianej mieszanki Ola dodała niewielkie ilości jokersa, kasterów i ciętych dżdżownic. Tyle, żeby w kulach było widać cokolwiek innego, niż tylko frakcje zanęty.

Łącznie do wyrzucenia z ręki było to około 7 litrów. Do kubka w tej samej mieszance (1,5 l) umieściła 100 g jokersa i 100 g kasterów. Żeby to było bardziej zwarte, dodała nieco kleju (collera), i domoczyła do konsystencji plasteliny.

Podczas wstępnego nęcenia okazało się, że to, co widziałem dzień wcześniej, nie było przypadkiem. W czwartek myślałem, że, pieszczotliwie ujmując, brak precyzji wynikał głównie z tego, że Olę zdekoncentrowały rozpadające się w locie kule. Ale to, co wydarzyło się w piątek było nieprawdopodobne. W baaardzo szeroooko rozumiane pole nęcenia spadły dwie kule. A pozostałe? Spadały wszędzie! Naprawdę z zamkniętymi oczami procą lepiej bym zanęcił 50 metrów od brzegu… Cóż, teraz można sobie z tego żartować. Tym bardziej, że z kubka wszystko poszło w punkt! Ale to trwałooo…

Co najciekawsze, ta cała sytuacja poruszyła nie tylko mnie, ale i ryby.

Natychmiast przypłynęły zobaczyć, co tam się wydarzyło! W efekcie, tego dnia Ola wyjęła więcej leszczy, niż wszystkie pozostałe zawodniczki w zasięgu mojego wzroku.

Leszcze od początku do końca świetnie reagowały na donęcanie przygotowaną mieszanką, tylko ze śladową ilością przynęt. Im robaków w kuli było więcej, tym efekt był słabszy. Oczywiście w trakcie próbowaliśmy też klasycznego donęcania – gliną z jokersem. Ale to w ogóle nie działało, wręcz było negatywne. Bo jokers skutecznie sprowadzał do dna uporczywe ukleje. Ryby ewidentnie chciały popularnego „łonder bleka”. Niezwykle rzadko wierzę w istotne znaczenie zanęty, ale w tym przypadku było to ewidentne.

Po treningu już nawet nie przejmowałem się tym jak wyglądało nasze wstępne nęcenie. Wręcz zaczynałem szukać w tym jakiegoś głębszego sensu. Na zasadzie: Ola stworzyła ogromne pole nęcenia, które przyciągało więcej ryb, a te potem koncentrowały się przy spadających z kubka kulach. Jeszcze racjonalizowałem sobie to tym, że taki rozrzut przy nęceniu procą nie jest niczym nadzwyczajnym, a jednak ryby się łowi. Jak człowiek chce, to wszystko sobie logicznie wyjaśni! Nawet w odstającym brzuchu dostrzeże kapitał na trudne czasy…

Przed zawodami byłem pełen optymizmu, ale Oli nie dawałem tego po sobie poznać. To nie tak, że byłem pewny sukcesu. Ale przekonany, że jeśli nasza taktyka odpali (dokładnie taka jak na treningu), to zrobi różnicę. A my tej różnicy potrzebowaliśmy. Żeby czymś zasypać tą fizyczną przepaść.

Po cichu liczyłem, że ryb będzie niewiele. Że będą trudne i chimeryczne. Przez te dwa dni Ola zrozumiała na czym polega precyzyjne łowienie i zrobiła w tym ogromny postęp. Z każdym wstawieniem zestawu popełniała coraz mniej błędów. Generalnie dokładność działania była jej wypracowanym atutem. Ważnym, kiedy o ryby trudno.

Najbardziej bałem się o stres, o to jak sobie z nim poradzi. Dużo o tym rozmawialiśmy. Można powiedzieć, że skoncentrowaliśmy się na przygotowaniach mentalnych. Reszta była już gotowa.

Mistrzostwa

Losowanie dwukrotnie przydzieliło nas do sektora A. To była dobra wiadomość, bo ta strefa zazwyczaj jest najmniej rybna. A tego chcieliśmy.

Sobota

W sobotni poranek oczekiwałem, że wylosujemy jak najwyższy numer. Bo im bliżej sektora B, tym ryb powinno być więcej. I tutaj pojawiło się rozczarowanie.

Komputer wylosował nam stanowisko A2.

Powracając myślami do tego poranka i tych przygotowań na stanowisku, do głowy wpada mi myśl. Że moje wewnętrzne napięcie w roli trenera jest podwójne. Z jednej strony odpowiedzialność, a z drugiej niemoc, że nie wszystko zależy ode mnie.

Jednak dwa dni przygotowań przyniosły więcej, niż oczekiwałem. Moja zawodniczka była sprawna i świetnie zorganizowana. Wiedziała co ma robić i to robiła.

Jeśli śledzisz nasz profil na instagramie, to być może widziałeś relację ze wstępnego nęcenia. Oli poszło naprawdę przyzwoicie. Względem dni poprzednich, to nie było nawet porównania. Choć o jakiejkolwiek precyzji dalej nie było mowy, a część kul znowu rozpadła się w locie. No i nęcenie z kubka poszło zdecydowanie sprawniej.

W pierwszych minutach nie działo się nic. Większość zawodniczek wzięła się za łowienie uklei. Ola siedziała i cierpliwie czekała.

Po pół godzinie rozpoczęliśmy donęcanie. Mimo że teoretycznie nie miało to sensu, czasem ryby jednak potrzebują jakiegoś bodźca, aby wzbudzić ich zainteresowanie. Chwilę później nastąpiło pierwsze konkretne branie. Ola nerwowo zacięła, i połowa tyczki z hukiem wpadła do wody! Strzelił 6 element. Po tym nastąpiła skuteczna misja ratunkowa. Niestety nie zwróciliśmy uwagi, że ten element był od innej, delikatniejszej tyczki.

10 minut później, po kolejnym donęceniu, Ola złowiła pierwszego leszcza. Odetchnęliśmy. Po czym natychmiast wydarzył się prawdziwy dramat. Bo ten leszcz nie trafił do siatki. Rozerwała się matnia podbieraka i ryba wypadła tuż obok siatki!!! Zamurowało nas. To była moja wina, bo Ola łowiła na moim sprzęcie, a ta matnia od dawna była uszkodzona. Nie przewidziałem, że od niewielkiej dziurki może rozerwać się cały podbierak.

Mijało 50 minut, a w naszej siatce pływały dwa, może trzy malutkie okonie. Pewnie też jakaś uklejka. A nam nie pozostało nic innego, jak po prostu ogarnąć się i dalej robić swoje.

Kolejne donęcenie, kolejne branie i… w końcu pierwszy leszczyk trafia do naszej siatki!

A potem. Potem Ola zaczęła grać swój własny koncert. W pięknym stylu przełamała passę tych nieprzewidzianych nieszczęść. Zaczęła regularnie odławiać mniejsze i większe leszczyki. Była skoncentrowana, precyzyjna i do bólu skuteczna!

Już w tym miejscu zdradzę, że do końca Mistrzostw, czyli przez kolejne 7 godzin, nie straciła już żadnej ryby.

Moim zadaniem pozostawało tylko pilnowanie tempa donęcania. Rodzaj przynęt był stały. Wszystkiego po trochu.


Mniej więcej wyglądało to tak:

Co 10 minut (lub co dwie ryby) Ola podawała kubkiem jednorazowo dwie małe kuleczki (a raczej wałeczki). Jedna pochodziła z kuwety, w której było dużo collera – mieszanka była wilgotna i kleista. A w drugiej kuwecie była taka standardowa. Ani mokra, ani sucha, bez kleju, na dnie miała od razu się obsypywać.

Kiedy złowiła okonia lub drugą z rzędu małą rybę, wtedy podawała po jednej dużej kuli z obu kuwet (razem dwa kubki).

Kiedy brania ewidentnie ustawały, do wody trafiały po dwie takie duże kule (razem cztery).

W kontekście tego typu taktyki mam taką swoją filozofię, takie przekonanie. Mianowicie. Zanęta ściąga nieliczne ryby, bo jest dla nich w jakimś stopniu interesująca. Jednocześnie znikoma ilość robaków na dnie sprawia, że przynęta na haczyku staje się nie dość, że bardziej atrakcyjna, to ogólnie wzrasta prawdopodobieństwo, że to akurat ona zostanie zauważona.

W praktyce czasem jest tak, że ryby ogólnie nie żerują, nie opychają się robakami, zanętą pewnie też nie. No ale pływają, szukają jakiegoś stołu, na którym pojedzą, kiedy już zgłodnieją. I wtedy pojawia się szansa, że taki niechętny leszcz jednak skusi się na naszą ochotkę. Bo by coś przekąsił, ale poza nią, to za bardzo nic ciekawego do wyboru nie ma.

W takich okolicznościach sama glina może nie być wystarczająco interesująca. A jednocześnie łatwo dostępny jokers może być bardziej atrakcyjny od ochotki.


Tego dnia skuteczne były dwa zestawy, oba dwugramowe. Kiedy woda przyspieszała Ola łowiła dyskiem, kiedy zwalniała bombką. Większość czasu precyzyjnie trzymała zestaw w polu nęcenia (przegruntowany o niespełna długość przyponu). Kiedy branie długo nie następowało, swobodnie go puszczała. W ten sposób nie raz udawało się coś przechytrzyć. Wielkość haczyka nie miała znaczenia. Tak więc była bardziej uzależniona od gumy jaka była w topie. Najlepszą przynętą było kilka ochotek.

Po czterech godzinach zmagań, w ulewnym deszczu nadszedł sygnał zakończenia pierwszej tury. Byłem dumny z Oli. Dała z siebie absolutnie wszystko. Cholernie mi zaimponowała. Tym jak dzielnie zniosła stres. Tym jak bezbłędnie realizowała nasz plan. Tym jak wielkiego progresu dokonała.

Waga sędziowska tylko to potwierdziła.

Ola w pięknym stylu wygrała swój sektor! I to z naprawdę trudnej, niekorzystnej strefy!

W niedzielę Ola miała łowić w tym samym sektorze. Nasza taktyka bez wątpienia była bardzo dobra. Dyspozycja mentalna Oli również. Prawdopodobieństwo, że wylosujemy lepsze stanowisko również. Wszystko było po naszej stronie, poza jednym… Następnego dnia miało strasznie wiać! Patrząc na prognozy, nie umiałem sobie wyobrazić takiej dziewczynki z taką długą wędką.

Niedziela

Jeszcze gorzej było rano, kiedy wyszedłem pospacerować. Widząc, co się dzieje, pomyślałem, że to znak. Że Ola jest jeszcze za młoda. Że to jeszcze nie ten czas.

Jednak wszystko minęło, kiedy Ola chwyciła tyczkę i z zaciśniętymi zębami zaczęła gruntować łowisko. Wiatr miotał tyczką na prawo i lewo, a ona nie odpuszczała! Duma mnie dosłownie rozpierała.

Było to stanowisko A4. Na pewno lepsze, niż sobotnie A2. Zresztą, to było już bez znaczenia. Liczyło się tylko to, że trzyma wędkę, że daje radę!

A potem było jeszcze lepiej. Ola była perfekcyjna i bezbłędna.

Było to o tyle ważne, że ryb w naszym sektorze było jak na lekarstwo. Pod tyczkami nic się nie działo, poza wiejącym wiatrem. I w takich warunkach, Ola, bez kompleksów, mówiąc po naszemu rzeźbiła piękne ryby. W zasięgu wzroku jej konkurentki łowiły tylko ukleje.

Względem soboty, zmienił się przede wszystkim zestaw. Najlepszy był ciężki i stabilny, z 6-gramowym dyskiem. Ola chcąc czy nie i tak musiała łowić na stopa, bo już na samym początku podhaczyła i prawdopodobnie oderwała od dna uporczywy zaczep. Każde puszczenie zestawu kończyło się zerwaniem haczyka.

W niedzielę ryby już tak dobrze nie reagowały na donęcanie. Dlatego dopóki nie mieliśmy poczucia, że łowisko opustoszało, nie podawaliśmy nic. Kiedy pustoszało, przy dnie pojawiały się ukleje. Wtedy do wody najczęściej trafiała seria dwóch lub trzech większych kul. Ważna była cierpliwość. Brania były pojedyncze i nieprzewidywalne względem czasu donęcenia.

Po godzinie zrezygnowaliśmy zupełnie z podawania jokersa. Przez intensywne opady deszczu woda płynęła znacznie szybciej i prawdopodobnie wynosiła go dalej, tam gdzie zaczep uniemożliwiał nam łowienie. Za to dodawaliśmy cięte dżdżownice. Ale tak mało, że w kuli ledwo szło się ich dopatrzeć.

Co ja tu jeszcze mogę dopisać. Nie mogę nic. Wracając myślami do tamtych chwil, widzę Olę, która daje z siebie więcej, niż może. Z całych sił zapiera się z każdym podmuchem wiatru. Jest ekstremalnie skoncentrowana. Bezbłędnie realizuje każdą moją wskazówkę. Nie okazuje słabości. Mentalna twardzielka.

Potem przyszła waga. Na tamtą chwilę, w naszym sektorze, prowadziła zawodniczka z wynikiem nieco ponad 3 kg. Nie miałem wątpliwości, że Ola złowiła więcej. Nigdy nie zapomnę tego uczucia, kiedy poderwałem siatkę, i idąc z nią do wagi, w głębi powiedziałem sobie MAMY TO!

Ola po raz kolejny w pięknym stylu zwyciężyła swój sektor.

Medal był pewny! Pozostało już tylko to niesamowicie przyjemne i komfortowe oczekiwanie. Czy złoto czy srebro. Każda z tych opcji jeszcze w czwartek była nieprawdopodobna. Każda będzie gigantycznym sukcesem!

Po chwili dowiedzieliśmy się, że złoto! Reszty opisać się nie da.

Ola dziękuję.


Wyniki Mistrzostw Polski Kobiet 2022

Więcej zdjęć można zobaczyć na profilu FB Suchy Miesza

Kacper Górecki

stopka informacyjna
© 2022 Górek-Gliny – Wędkarstwo Wyczynowe
Projekt strony internetowej Studio DEOS